Pierwszy śnieg mojej Imprezy!

Wreszcie się doczekałem! Pierwszy śnieg za kierownicą mojej Subaru Imprezy to tak na prawdę spełnienie dziecięcych marzeń.

Pamiętam jak każdej zimowej, śnieżnej nocy, którą spędzałem w domu, dało się słyszeć w oddali dźwięk boxera przerywany syczeniem zaworu upustowego. Te głosy symbolizowały radosnych ludzi bawiących się swoimi Subaru na śniegu. Po kilku latach biernego słuchania trzeba było przejść do czynów. Wreszcie nadszedł ten wymarzony moment, w którym to ja mogę zakłócać ciszę nocną.

Pierwszy śnieg w Subaru to nowe doświadczenia i przeżycia. Jazda autem przednionapędowym jest raczej nudna lub zdefiniowana przez zaciągnięcia hamulca ręcznego. Z tylnonapędówkami na śniegu jest wręcz idealnie – nie potrzeba dużej prędkości, by cieszyć się długimi, głębokimi poślizgami. Zabawa samochodem z napędem na wszystkie koła to zupełnie inna bajka.

Przede wszystkim musicie być zdecydowani. Delikatne wciskanie gazu owocuje podsterownością. Mocniejsze wciśniecie daje jeszcze głębszą podsterowność. Musicie depnąć naprawdę mocno aż tylna oś wejdzie do gry i auto zacznie się obracać. W tym miejscu pojawia się kolejna nowa dla mnie rzecz: czteropęd lecący bokiem cały czas się rozpędza. Za pierwszym razem to przerażające uczucie ale z każdym kolejnym poślizgiem strach zmienia się w fascynację, która staje się uzależniająca. Wreszcie pojawia się ten etap, na którym czujecie się niczym Colin McRae walczący o zwycięstwo w rajdzie Monte Carlo.

Pierwszy śnieg skończył się równie szybko jak paliwo w baku, czyli po niecałych 50 minutach. Tym niemniej te kilka chwil sprawiło, że jeszcze bardziej lubię moją Imprezę.

Byle do następnego…

Zobacz jak kupiłem świnkę – moją Subaru Impreza GT Wagon ;-)

Antoni Niemczynowicz

Antoni Niemczynowicz

Fotografuję, jeżdżę i cieszę się każdą chwilą za kierownicą

Może Ci się również spodoba